Przejdź do głównej zawartości

Czy Skoki Narciarskie to sport narodowy? Czyli białe szaleństwo moimi oczami.

W miniony weekend karuzela Pucharu Świata w skokach narciarskich ponownie zawitała pod Wielką Krokwią. Aż trudno mi uwierzyć, ale równo 10 lat temu, w 2009 roku miałam niesamowitą przyjemność osobiście kibicować naszym ulubieńcom pod skocznią im. Stanisława Marusarza w Zakopanem. Do dziś dźwięk ponad 40-stu tysięcy kibiców śpiewających ,,Mazurka Dąbrowskiego" przyprawia mnie o gęsią skórkę, nie mówiąc już o możliwości uściśnięcia dłoni największym tamtej dekady, z naszym mistrzem Adamem Małyszem na czele. To piękne wspomnienie niech będzie jednak przede wszystkim wstępem do tego czym są dla mnie skoki narciarskie. 

Po pierwsze (tu pewnie nie będzie wielkiego zaskoczenia) moja fascynacja tym sportem zaczęła się mniej więcej w roku 2001, zatem w momencie eksplozji słynnej ,,Małyszomanii". Swoją drogą jak wspominam sobie tamte czasy, to aż trudno uwierzyć, że jeden (nie oszukujemy się - drobnej postury) człowiek w każdy weekend potrafił podporządkować sobie tyle milionów ludzi. Z wypiekami na twarzy, podobnie jak miliony widzów śledziłam wszystkie jego sukcesy, trofea, medale, czy walkę z konkurentami (m.in. Sven Hannawald, czy Janne Ahonen). Sukcesami mistrza z Wisły mogliśmy się cieszyć ponad dekadę. Kiedy jednak w marcu 2011 roku ogłosił koniec kariery, wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie ,,co dalej"? Baliśmy się pustki, tymczasem życie zgotowało nam niesamowitą niespodziankę. 

Jak się okazało spadek po Adamie Małyszu nie skończył się jedynie na skoczni w Wiśle nazwanej jego imieniem. Lata jego popularności to początek programów typu ,,Szukamy następców Mistrza", których owoce widać właśnie dziś. 

Po pierwsze - mamy kolejnego Mistrza Kamila Stocha. Trzy złote medale olimpijskie, mistrzostwa świata (drużynowe, jak i indywidualne), to tylko wierzchołek tej pięknej góry lodowej. Oczywiście super, że mamy kolejnego lidera, który to wszystko ciągnie, jednak dla mnie równie ważne jest to, że mamy drużynę, której sukcesy już nie bylibyśmy w stanie wyliczyć na palcach u jednej ręki. Ponadto większa ilość dobrych zawodników, to niesamowite odciążenie dla lidera, który nie musi ciężaru odpowiedzialności za wyniki dźwigać wyłącznie na swoich barkach. 

Po drugie młodzież nadal chce trenować - i tu jest piękna wiadomość, gdyż nie tylko aktualne pokolenia skoczków nie muszą martwić się o następców. Nawet jeśli wielu młodych adeptów nie zrobi kariery na miarę swoich idoli, to należy pamiętać, że już samo trenowanie danej dyscypliny uczy wiele - m.in. zdrowego podejścia do życia, czy charakteru zdrowej rywalizacji. 

No dobrze, ale miałam mówić o tym co mnie kręci w skokach narciarskich. Tu muszę przyznać, że fascynuje mnie wykonywanie samego skoku, to że człowiek, pod wpływem ciężkiej pracy, treningów, diety, czy maksymalnie dostosowanego stylu życia może przelecieć ponad 250 metrów, czując się jak wolny ptak. Ponadto można zauważyć jak skoki narciarskie od wielu lat fantastycznie jednoczą Polaków. Sam sport, nie tylko skoki narciarskie, to również dla mnie doskonała lekcja uczenia się na błędach, uznawania wyższości rywali, godzenia się z porażką, a tym samym ciężkiej pracy, która mówi, że nawet jak jest bardzo dobrze, to należy pracować tak, by było jeszcze lepiej. 

Zarówno po licznych sukcesach Adama Małysza, jak i Kamila Stocha, czy całej naszej drużyny wielokrotnie w mediach pojawiło się pytanie, czy skoki narciarskie to nasz sport narodowy? Ze swojej strony mogę śmiało stwierdzić, że sukcesy naszych sportowców tej dyscypliny, to bardzo ważny etap mojego pokolenia, z którego możemy być ogromnie dumni. Obserwując jednak niezmienne reakcje kibiców pozwolę sobie przytoczyć słowa Pana Włodzimierza Szaranowicza (przepraszam, z racji wieku, ale przede wszystkim szacunku nie jestem w stanie zwrócić się do tak ważnej postaci imiennie), który w odniesieniu do odejścia Adama Małysza ze świata skoków narciarskich stwierdził, że ,,dzięki tym transmisjom żyliśmy życiem zastępczym", myślę, że nie tylko żyliśmy, ale i nadal żyjemy, a nasi zawodnicy tylko dokładają cegiełki do przeżywania ogromnej radości. 

I na koniec moja prośba do wszystkich kibiców i ich częstej mentalności - jeden, zły skok, jedne gorsze zawody, to nie jest katastrofa! Proszę pamiętajmy, że nasi skoczkowie to też ludzie... 

Poniżej zdjęcie ze wspomnianych zawodów z 2009 roku. Chętnie wstawiłabym ich większą ilość, ale niestety muszę odzyskać je z dysku starego laptopa. Samo zdjęcie 10 lat temu pozwoliłam sobie wywołać, gdyż tak się składa, że dla mnie w tamtym okresie obecny na zdjęciu Gregor Schlierenzauer był nie tylko fantastycznym sportowcem, ale i podobał mi się...no...styl jego...obuwia po prostu...:-)))


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Obrona, obrona i... po obronie!

Ci co mnie tu znają wiedzą, że jak się nie odzywam to oznacza, że jestem zajęta, a przy tym jak już do Was piszę, to chce, aby było to ,,o czymś".  I tak też się dzieje i tym razem. Kochani - obroniłam licencjat! Radość moja nie ma granic, po raz kolejny otrzymuje dowód soczystych owoców wytężonej pracy. Przy tej okazji chciałabym się zatrzymać na pewnej ważnej kwestii.  Tematem mojej pracy była ,,Aktywizacja zawodowo - społeczna osób z dysfunkcją narządu ruchu". Wielokrotnie zwierzałam się Wam co do poszukiwania siebie przede wszystkim w sferze zawodowej, jak i w życiu. Przyznaje również, że początkowo wybierając się na ten kierunek (Pedagogika), jak i specjalność (Doradztwo Zawodowe i Edukacyjne) nie byłam wcale przekonana, czy to jest ,,to", stwierdziłam jednak, że warto potraktować te trzy lata jako rozpoznanie tematu. Dzisiejsze kierunki humanistyczne mają fantastyczną cechę - człowiek kończąc je nie musi zamykać się w określonych ramach narzuconych w tzw. ,,...

Kiedy kończy się czas na rozwój?

Lato w pełni. Pogoda jak na razie nas rozpieszcza, choć przyznaje, że po tych afrykańskich upałach ciesze się na odrobinę więcej świeżego powietrza. Choć życie w zasadzie toczy się u mnie z dnia na dzień, to w gruncie rzeczy w ostatnim czasie dość sporo się dzieje. Przede wszystkim od miesiąca odbywam staż w tutejszej Bibliotece Pedagogicznej, gdzie trafiłam z ramienia Fundacji Aktywnej Rehabilitacji (o moich przemyśleniach na temat jej działalności na pewno napiszę w osobnym poście). Sama praca jest bardzo spokojna, choć wbrew pozorom naprawdę wiele się uczę. Mam jednak wrażenie, że wchodzę tam prawie jak do drugiego domu, niż miejsca pracy. A dlaczego? O tym napiszę za chwilkę. Ponadto w minionym tygodniu miałam ponowną przyjemność uczestniczyć w Prezentacjach wokalnych dla osób z niepełnosprawnościami w Lubsku. Sama prawidłowa nazwa tego wydarzenia, to Lubuskie Prezentacje Dzieci i Młodzieży Specjalnej Troski - z całą miłością do tego Festiwalu, ale najmocniej przepraszam - nie pr...

Prawdziwa miłość istnieje!

Obiecałam, więc dotrzymuje słowa. Postanowiłam podzielić się z Wami moimi refleksjami na temat książki ,,Miłość bez granic" autorstwa wspomnianego przeze mnie w ostatnim poście Nicka Vujicicia i jego żony Kanae. Po pierwsze, zaznaczam, że nie będzie to typowa fachowa recenzja, a jedynie krótka opowieść o moich odczuciach i przemyśleniach na temat tej cudnej powieści. I tu przyznaje się bez bicia, że choć uwielbiam obyczajowe historie, wypełnione miłością i życiowymi mądrościami, to często brakuje mi jakoś czasu, by choć rocznie czytać większą ilość dobrych tytułów. W ostatnim czasie bowiem moje czytelnictwo, to przede wszystkim literatura naukowa związana z realizacją prac zaliczeniowych. W związku z tym i w tej kwestii chcę się poprawić, gdyż uważam, że tak, jak dobry muzyk powinien dużo słuchać. tak pasjonaci pisania powinni dużo czytać - bynajmniej nie po to, by kopiować autorów, ale inspirować się tym, co w danym dziele jest najlepsze!  Nick Vujcic urodził się bez rąk...